Krzysztof Straszak: Ręce precz od Pucharu Davisa!
autor: Krzysztof Straszak | 2010-03-02, 19:55 | źródło: inf. własna
Puchar Davisa, największe coroczne rozgrywki międzypaństwowe w zawodowym sporcie, przeżywa wyraźny kryzys. Gdzie podział się prestiż "salatery" i czemu po 110 latach na horyzoncie pojawia się perspektywa rewolty?
Nie było jeszcze Perrych, Laverów, nie mówiąc o Samprasach i Federerach, a Puchar Davisa istniał i działał na wyobraźnię. Obok Wimbledonu to największa marka w tenisie, którą teraz próbuje się marginalizować. Sport dla dżentelmenów długo bronił się przed władzą pieniądza, ale nieuchronne i w tym wypadku nadciąga.
Tylko czterech zawodników z czołowej dziesiątki zagra w I rundzie tegorocznej edycji. Kto ma kontuzję, kto inny interes, komu się nie chce - to mniej ważne, bo Puchar Davisa najzwyklej osuwa się na liście priorytetów. Potężnej historii nie da się jednak tak po prostu olać i dlatego w planach rozwiązania uciążliwego problemu wystarczyła iskra idei: Puchar Świata.
Rzucony przez Đokovicia pomysł może podobać się jego kolegom, a jeszcze bardziej sponsorom, którzy po sukcesie ubiegłorocznego Masters w Londynie przekonali się, że warto wspierać poważną imprezę organizowaną na ziemi tradycyjnie tenisowej. A Puchar Świata skupiałby czołowe ekipy w jednym miejscu i czasie. Tenisiści nie musieliby parę razy do roku poświęcać tygodnia na zgrupowania, zmianę nawierzchni i mecze w nieznanych początkowo miejscach.
Uwaga: istnieją już drużynowe mistrzostwa świata, rozgrywane co roku w Düsseldorfie pod egidą ATP. Powstały zanim w 1981 roku Puchar Davisa wprowadził Grupę Światową, gdzie wielcy grają tylko ze sobą. Ale w ów drużynowym czempionacie gwiazd się nie uświadczy. Powód? Termin na tydzień przed Roland Garros i tylko półtora miliona euro w puli nagród. Terminy Pucharu Davisa też są niefortunne (zaraz po Wimbledonie i US Open), a pule punktowe do rankingu niezachęcające.
Kasa rządzi. Szef ATP Adam Helfant pracował wcześniej w Nike, gdzie wiedzą o co chodzi z marketingiem sportowym. Puchar Davisa jest natomiast toczony pod egidą Międzynarodowej Federacji Tenisowej (ITF), która próbuje prowadzić kampanie ("Trzeba czegoś więcej niż talent, by grać w Fed Cup") mające uzmysłowić niezwykłość rozgrywek międzypaństwowych. Kto dziś zawraca sobie głowę takimi wartościami jak patriotyzm w sporcie?
Rafa Nadal jako chłopiec w 2000 roku przed finałem w Barcelonie wchodził na kort z flagą narodową. Mógł wtedy marzyć, że "salaterę", ten ważący 6,15 kg srebrny puchar, sam zdobędzie trzykrotnie. W 1976 roku w Santiago de Chile z hasłem "Nie grajmy woleja z katem Pinochetem" na ustach jedyny triumf odnieśli Włosi, którym dziś kolejni singliści odmawiają występu w błękitnej koszulce.
Puchar Davisa to drużynowa konkurencja sportu indywidualnego. Stwarza szanse, jak mawiają tenisiści pamiętający czasy przed Erą Open. Dla niektórych ta szansa jest jedyną. Także w polskim świetle: gdyby nie Davis Cup, nigdy w Polsce nie zagrałby Björn Borg. A przy jakiej okazji można było w kraju oglądać Wojciecha Fibaka?
Światowa centrala zmianom mówi zdecydowane nie, zostawiając jednak furtkę na dyskusję o powołaniu nowych rozgrywek narodowych. Ale po co? Co wtedy z Davisem? To byłaby oczywista droga do unicestwienia. Krajowe federacje mają problem: użyć argumentu siły przeciw niepokornym (Andreas Seppi prosił o przerwę w startach, został powołany do kadry i zagrać musi, bo zostanie zdyskwalifikowany) czy wziąć stronę zawodników. Na szczęście są Hiszpania, Francja i Argentyna - z ich poparciem rozpalające serca fanów tenisa rozgrywki nie zginą.


Zaloguj się aby dodać komentarz
Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.