Wszędzie dobrze, ale w Ekstraklasie najlepiej
autor: Paweł Kuźbik | 2010-03-10, 18:12 | źródło: inf. własna
Jedni wracają na stare śmieci, bo chcą jeszcze trochę "pokopać" i odejść na piłkarską emeryturę, a inni, bo nie powiodło im się za granicą i chcą odbudować swoje nazwisko w Polsce. Jeszcze kolejni w ogóle nie wyjeżdżają z rodzimej ligi, bo jest tutaj dom, rodzina i dobry pieniądz. Piłkarze - bo o nich będzie tutaj mowa - mają różne powody by wracać bądź zostać w ekstraklasie.
Najlepszym przykładem zawodnika, który wrócił do Polski, aby jeszcze trochę pograć w piłkę w ostatnich latach jest Tomasz Frankowski. Po zagranicznych przygodach z futbolem Tomek wrócił do Jagiellonii Białystok po czterech latach nieobecności na polskich boiskach. Kiedy w 2009 roku podpisał kontrakt z Jagą wszyscy pytali: Co taki "dziadek" będzie robił u nas w lidze?
Jak się później okazało niespełna 36-latek jest okazem zdrowia. Nie łapie kontuzji, ma siłę biegać przez pełne 90 minut na pełnych obrotach i do tego potrafi dobrze trafić w piłkę. Jest na tyle skuteczny, że w obecnym sezonie strzelił 7 bramek.
Nie ma co się dziwić popularnemu Frankowi, że wrócił do Polski. Liga do najsilniejszych w Europie nie należy, a przy tym płacą wcale nie najgorzej. Po co kończyć z wyczynowym uprawianiem futbolu, skoro można jeszcze zainkasować sporą ilość pieniędzy i przy tym nie nabrać brzuszka? Kolejnymi przykładami mogą być tutaj: Tomasz Hajto, Radosław Kałużny, Piotr Świerczewski, czy nawet Dariusz Żuraw. Inna sprawa, że to nie świadczy najlepiej o naszej Ekstraklasie, skoro piłkarze w piłkarsko podeszłym już wieku rywalizują z powodzeniem z młodymi wilkami polskich boisk.
Są w polskiej lidze również tacy piłkarze, którym niestety nie powiodło się za granicami naszego kraju. Najświeższym przykładem jest chyba Radosław Matusiak. Kiedy odchodził z GKS Bełchatów jako gwiazda ligi, wróżono mu wielką karierę we włoskim Palermo, gdzie akurat wtedy przechodził. Jak dzisiaj doskonale wiemy Radek furory na zachodzie nie zrobił. Ani we Włoszech, ani w Holandii. Wrócił do Polski, do Wisły Kraków. Tam niestety nie powiodło mu się i po pobycie w Widzewie Łódź wylądował w Cracovii Kraków pod skrzydłami Oresta Lenczyka. Mówią, że jeśli Radomatu nie ma nad sobą ochronnego parasola, to żaden z niego zawodnik, bo nie umie rywalizować o miejsce w składzie. Jest po prostu za miękki, nie umie wyszarpać tego, co mu się należy. Jest typem piłkarza, któremu trzeba bezgranicznie ufać, aby zaczął strzelać bramki, rozpychać się w polu karnym, wywalczać stałe fragmenty gry dla swojej drużyny.
Tego typu losy zawodników, którzy odchodzili w blasku jupiterów z naszej rodzimej ligi, a za rok wracali z podkulonym ogonem, swoją kartą na ręku i karteczkami na szyi "poszukuję pracy", nie są obce sporej grupie graczy w naszej ekstraklasie. Oczywiście są też przykłady, którym udało się po wyjeździe z Polski, ale w ostatnich latach to niestety tylko jednostki. A co z pozostałymi piłkarzami? Są tacy, którzy do wyjazdu nie palą się tak bardzo jak ich koledzy. Doświadczeni historiami swoich znajomych, wolą siedzieć w domu, w ciepłych, wygodnych kapciach przed telewizorem i mieć wszystko podane na srebrnej tacy. Piłkarze "piecuchy" wcale nie chcą wyjeżdżać z Polski. Jest im tutaj dobrze. Są przekonani o swoich umiejętnościach i inkasują co miesiąc niemałą sumę pieniędzy. Najlepszy przykład? Łukasz Garguła po 9 latach gry w Bełchatowie przeniósł się pod Wawel. Jemu nie spieszyło się z wyjazdem. Wiedział, że w Polsce ma wyrobioną solidną markę.
Po co wyjeżdżać, skoro u nas płacą podobnie co na zachodzie, a grania 2 razy mniej? Żyć nie umierać. Inni piłkarze? Proszę bardzo: Arkadiusz Głowacki, Radosław Sobolewski, Maciej Iwański i całe grono innych, którzy nie chcą opuszczać szeregów rodzimej ekstraklasy z takich, bądź innych pobudek.
To oczywiście niebezpieczny proceder, gdyż przez brak sukcesów klubowej piłki na arenie międzynarodowej, wiarę w swoje umiejętności tracą również i sami zawodnicy. Niestety, w pewnym momencie, w naszej ekstraklasie nie są już w stanie niczego się nauczyć, a mimo to zostają. To z pewnością problem, który zaczyna być coraz bardziej powszechny i niestety niedostrzegany. Pytanie tylko kto ma go dostrzegać, skoro nawet drużyna narodowa w oficjalnym meczu gra w barwach... no właśnie czyich?



Zaloguj się aby dodać komentarz
Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.