Fiodor Łapin: Sosnowski chce dobrać się do gardła legendzie

autor: Polska Agencja Prasowa | 2010-05-27, 12:16 | źródło: PAP

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Pochodzący z dalekiego Archangielska Fiodor Łapin w ciągu dwóch tygodni ma szansę ze swoimi bokserami zdobyć dwa tytuły mistrza świata - w Łodzi pas czempiona WBC wywalczył Krzysztof Włodarczyk, a w sobotę w Gelsenkirchen swoją szansę otrzyma Albert Sosnowski.

PAP: Jak pan trafił do boksu?

Fiodor Łapin: Na pierwsze zajęcia w rodzinnym Archangielsku zaprowadził mnie starszy o pięć lat brat Wadim. Klub nazywał się Wodnik. Niestety, nie było zapisów do mojego rocznika (Łapin urodził się w 1967 r. - PAP), ale uparłem się i trenowałem ze starszymi. Później jeździłem na zawody mając przy sobie świadectwo starszego o rok kuzyna Dmitrija. Inaczej nie mógłbym jeszcze startować. Organizatorzy nie wiedzieli o co chodzi, a najbardziej byli zdziwieni, gdy przed rozdaniem dyplomów podbiegał do nich mój szkoleniowiec i prosił o wpisanie innego imienia przy nazwisku Łapin.

Odnosił pan sukcesy?

- Boksowałem w Archangielsku tylko do kategorii juniorów, ale zdobyłem medal mistrzostw Rosji w tej grupie wiekowej. Czy to latem, czy zimą trzy razy w tygodniu dojeżdżałem po prawie 20 km do klubu. Od małego nauczony byłem dyscypliny i pracowitości.

Kiedy opuścił pan rodzinne strony?

- Mając 17 lat, wraz z kilkoma kolegami, pojechaliśmy studiować na AWF do Lwowa. Już wtedy postanowiłem, że zostanę trenerem, chociaż jeszcze na Ukrainie boksowałem w drużynie akademickiej. Na uczelni szło mi dobrze, miałem nawet propozycję pozostania i dalszego kształcenia się. Bardzo miło wspominam naukę we Lwowie, wiele się tam nauczyłem.

Jak pan trafił do polskiej ligi?

- W drużynie z Jaworzna występował mój kolega ze studiów, nieżyjący już Andriej Janczenko. Boksował w Polsce w wadze ciężkiej. On ściągnął mnie do Victorii. Nie sądziłem, że zostanę tak długo, a to już 20 lat.

W tamtych czasach pięściarze ze śląskich klubów pracowali w kopalniach?

- My całym zespołem zjeżdżaliśmy o 6. rano na szychtę, pracowaliśmy do 13., wracałem do hotelu robotniczego, w którym mieszkałem, o 17. mieliśmy trening, a o 21. człowiek szedł już spać. Było ciężko, lecz zdobyliśmy tytuł drużynowego mistrza kraju. Przecież wtedy liga była mocna. Zawodnicy inaczej myśleli niż teraz: najpierw chcieli osiągnąć sukces, a dopiero później pytali o pieniądze. Obecnie jest odwrotnie. Niektórzy z pięściarzy amatorskich nie zdają sobie sprawy jak jest na przykład w Stanach Zjednoczonych. Tam też wielu pracuje, a dopiero wieczorami wchodzą do ringu, dorabiając również jako sparingparterzy.

Pierwszy zjazd na dół był ogromnym stresem?

- Chłopaki z drużyny trochę się ze mnie śmiali. Nie miałem żadnego pojęcia o kopalni, a oni w większości pochodzili z górniczych rodzin, jeśli nie ojciec, to ich dziadek pracował na dole. Tak się złożyło, że z kilofem na ścianie nie pracowałem, ukończyłem kurs maszynisty i woziłem ludzi, węgiel. To nie była rozrywka.

Pana podopieczny Albert Sosnowski też przeżywał ciężkie chwile, słuchając zewsząd słów krytyki i zdziwienia, że zgodził się walczyć z Witalijem Kliczką.

- Najlepiej siąść z piwem i wyśmiewać się z rodaka, który dostał szansę rywalizacji o pas federacji WBC. Gdyby jej nie przyjął i nie spróbował, nie dałby sobie szansy osiągnięcia wielkiego sukcesu.

Niedawno doprowadził pan powtórnie do mistrzostwa świata wagi junior ciężkiej Krzysztofa Włodarczyka, a teraz szansę w kategorii ciężkiej ma Sosnowski. Jak radził pan sobie z przygotowaniami dwóch pięściarzy do tak poważnych pojedynków?

- Całymi dniami pracowałem, nie tylko na treningach, ale i wieczorami, i rano, kiedy trzeba było szykować plan działania na kolejny dzień, czasem coś zmienić, poprawić. Brakowało mi czasu.

Obaj są w innym punkcie swych karier - Włodarczyk nie ukrywał, że jeśli przegra z Włochem Giacobbe Fragomenim, to pozostanie mu boksowanie o "paski", zaś Sosnowski na dobrą sprawę niczym nie ryzykuje, bo faworytem nie jest.

- Krzysiek jest zaawansowany technicznie, tylko nie potrafił dotychczas wszystkiego "sprzedać" w ringu. Podczas sparingów to inny chłopak. Albert ma spore rezerwy w technice czy taktyce. Na zgrupowaniach staraliśmy się tak go przygotować, by w dniu walki pokazał wszystko, co najlepsze.

Jakie atuty ma Sosnowski w starciu z Kliczką?

- Chce dostać się do gardła legendzie zawodowego boksu, jest głodny sukcesu. Albert jest szybkim, dynamicznym zawodnikiem i to postaramy się wykorzystać. Co do Witalija, jest charakternym, twardym zawodnikiem, który nigdy nie pęka.

Bokserzy muszą sobie radzić ze stresem, ale trenerzy też.

- Zabrałem do Niemiec parę książek, lubię czytać m.in. o rosyjskich detektywach. Oczywiście czytam też po polsku.

W Polsce mieszka pan sam?

- Nie, z żoną Jolantą, którą poznałem w Jaworznie. Mamy 11-letniego syna Igora.

Łapin junior będzie bokserem?

- Sport go nie pasjonuje, a ja nie namawiam. Wystarczy, że jeden "wariat" jest przy tej dyscyplinie.

Rodzina jeździ z panem na walki?

- Czasem się wybierają, lecz w Gelsenkirchen moich najbliższych nie będzie.

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.